Wojciech i Franciszek Kacprzak

Na skróty

WYWIAD Z WOJCIECHEM KACPRZAKIEM:

Co Cię skłoniło do udziału w projekcie Dumny Dekarz?

Śledzę Waszą stronę na Facebooku, biorę udział w Waszych konkursach, więc gdy pojawiło się zaproszenie dla firm dekarskich, że wpadniecie porozmawiać i zrobić kilka zdjęć, uznałem, że czemu nie.

Jak się zaczęłam Twoje przygoda z dekarstwem?

Urodziłem się w rodzinie budowlanej. Mój dziadek Henryk całe swoje życie był budowlańcem. Między innymi wybudował Akademię Sztuk Pięknych w Łodzi. Nie ukrywam, że bardzo mi to imponowało. A że biznesowo to również był dobry pomysł to założyliśmy w 1996 roku firmę w branży, w której wkrótce pracowało już 30 osób. Dachy były fundamentem tego przedsięwzięcia, od nich zaczynaliśmy. Podjęliśmy się innych prac z wielu względów. Cieszyliśmy się popularnością wśród klientów, ale nie tylko. Byliśmy uznawani za dobrych pracodawców w regionie, więc zgłaszali się różni ludzie, aby zapytać o pracę. Kiedyś przyszedł jeden i mówi, że o dachach to on zbyt wiele nie wie, ale może być pomocnikiem. W trakcie rozmowy okazało się, że muruje, no to pomyśleliśmy, że warto dać zarówno jemu, jak i sobie szansę. W ślad za tym szły zapytania o to, czy budujemy domy i tak to jakoś organicznie się rozwijało. W firmie pojawił się Kostia, który w małym palcu ma projekty architektoniczne domów. Za jego sprawą postawiliśmy trochę inwestycji spełniających naprawdę wysokie standardy jakości. Ktoś zapytał o elewację, potem o inne obszary i tak to właśnie z tych puzzli poskładaliśmy kompetencje od fundamentów po dach. 

Prowadzisz firmę dekarską?

Tak, firmę dekarską prowadzę ze wspólnikiem. W aktualnej formie powstała w 2015 roku. Żartujemy, że w firmie jesteśmy raczej choreografami, tak naprawdę to dekarze fachowcy w niej żądzą i mamy ten zaszczyt, że się trzymamy tak razem od lat. Dziś jest dość dynamiczny dzień, bo wylewamy trzy fundamenty. Jak każdy człowiek z przełomu wieków, robiłem w życiu wiele różnych rzeczy. W dziewięćdziesiątym roku skończyłem 18 lat, więc jestem klasycznym przełomowcem. W latach osiemdziesiątych jeździłem z ojcem do Węgrzech paskami od zegarków handlować. Skończyłem studia na kierunku: organizacja i zarządzanie. Pracowałem w gazecie jako sprzedawca reklam. Zaraz po studiach byłem  kierownikiem salonu sprzedaży Daewoo FSO. Sprzedawałem polonezy. Na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat prowadziłem firmę budowlaną, firmę odzieżową i to skupioną bardziej na produkcji, nie tylko handlu. Żartuję, że byłem kreaturą mody.

Dlaczego dachy są Wam szczególnie bliskie?

Dachy są nam szczególnie bliskie. Mam takie swoje własne powiedzenie, że dach jest biżuterią domu. Jest zwieńczeniem budowy, taką wisienką na torcie. Tak mnie zafascynowały, że sam sobie kilka dachów zrobiłem. Oczywiście, dla siebie, nie dla klientów. Podoba mi się to, co robi ekipa dekarska u mnie w firmie. Gdybym był młodszy i mógł cofnąć czas, z chęcią bym po tych dachach pobiegał.

Kto w Twojej firmie biega po dachach?

Jest spora ekipa dekarzy, w której pracuje również mój syn. Bardzo chciał spróbować i mam nadzieję, że nauczy się rzemiosła. Aktualnie jest jeszcze na etapie nauki. Kiedyś, w przyszłości, może przejmie ten interes, bo szkoda byłoby to tak po prostu zostawić. Prowadzimy firmę dość dużą, która buduje domy od podstaw, w ekipie jest ponad trzydziestu facetów. Anegdot na każdego z nich to przypada z pewnie co najmniej dziesięć, a o naszych pseudonimach wolałbym nie opowiadać. Pozdrawiam przy okazji Cygana. Naszą firmę tworzą fantastyczni ludzie, sprawdzeni przez lata. To znakomici fachowcy, super ludzie, którzy ciągną z nami ten wóz. Jesteśmy dla siebie dobrymi partnerami. Przyjaźnimy się, znamy swoje rodziny, nierzadko spotykamy się nie tylko w pracy. 

Jak się udaje Wam utrzymać relacje na polu prywatnym?

Kolega z pracy mówi, że kupili z żoną nowy samochód, więc wpadną wieczorem się pochwalić. Przy okazji ktoś się pojawia spontanicznie. Potem się okazuje, że ktoś zadzwonił i też jest już w drodze. I tak to się robi trzydzieści osób na tarasie, na którym wszyscy w sumie siedzimy za długo, ale nie umiemy się rozejść. To są najważniejsze chwile z moją ekipą, bo są spontaniczne. Dlatego nazywam tych ludzi rodziną. Planować musimy w pracy, w pracy wszystko musi się zgadzać co do milimetra.

Jak dbacie o atmosferę w zespole?

Ważne są dla nas relacje z ludźmi, bez względu na to, czy to my pracujemy dla nich, czy oni dla nas. Z pracownikami to są wręcz więzy przyjacielskie. Czasami wpadają do mnie w sobotę niby po paczkę wkrętów na poniedziałek, a skutek jest taki, że grillujemy do drugiej nad ranem. Myślę, że jesteśmy jak rodzina. Nie mogę powiedzieć, że nie brakuje ludzi do pracy, ponieważ zawsze przydadzą się dodatkowe ręce przy jakimś zadaniu. Zmienił się też mocno kontekst z powodu wydarzeń w Ukrainie. Teraz prawie cała nasza dekarska ekipa zamiast z dachówkami, biega z bronią na polu walki. Patrioci, wiadomo, nie mogłem ich zatrzymać. Nie chciałbym zostać źle zrozumiany, ale przy zatrudnianiu musimy brać pod uwagę, że mogą przyjść gorsze czasy, w których ludzi trzeba będzie utrzymać. Staramy się pracować uczciwie, wynagradzać ludzi uczciwie i traktować ich tak, jak sami chcielibyśmy być traktowani. Myślę, że to jest podstawa naszej renomy i siły przebicia na rynku. Lubimy też pożartować. Nasz profil na Facebooku nazywa się: Kopiemy lepiej niż piłkarze. Nazwa jest inspirowana doskonałą kondycją naszej reprezentacji w piłce nożnej. I niestety, nadal pozostaje w mocy.

Czy inwestorzy to doceniają?

Inwestorzy firmie, która dba o pracowników, muszą lepiej zapłacić. Nie, nie jesteśmy firmą najtańszą, absolutnie. Ale nie potrzebujemy reklam kupowanych w mediach. Nieraz jest tak, że na jednej ulicy robimy pięć dachów, bo nasze chłopaki auto zaparkowali przed jednym z nich. Ludzie przychodzą, oglądają i raz, dwa, trzy. Często też robimy tak zwane akcje ratunkowe, bo gdzieś tam ktoś ekipę przegonił, albo sama się nie pojawiła.

Jak wygląda Państwa kalendarz?

Mam taką wadę, że nie odmawiam klientom. Dlatego zeszyt mamy zapisany na dwa lata do przodu. Ostatnio u nas przez trzy dni padało, więc mieliśmy pięć telefonów, że papę naderwało. I mówisz, dobrze, pomożemy. I to są takie prace, mówiąc krótko, upierdliwe, prawda? Bo przeważnie to jest też tak, że mamy jakieś tam dwie łatki z papy, pół dnia zejdzie, a gdzieś tam można by było podgonić cały dach. W tej chwili budujemy jedenaście domów jednocześnie, ale połowa z nich jest domami po wygonionych ekipach. Wszyscy przeżywamy duży bum w budowlance. Ma to swoje znane wszystkim plusy, ale również rośnie ilość jakichś tam szwagrów co to, z całym szacunkiem, z traktora wysiedli, i dach chcieli stawiać. Naprawdę są takie wpadki, że szkoda gadać. Na przykład dzwoni koleżanka ze łzami w oczach i mówi, że musimy przyjechać, bo jest tragedia. Przyjeżdżamy i faktycznie jest tragedia. Rzut budynku w projekcie prostokątny, a ekipa zbudowała trapez. Strop wykonany zgodnie z projektem zatem wpadł do środka. Również zdarzają się budowy pechowe. Tam od fundamentów idą jakieś pechy takie. I my już wiemy, że to tak będzie szło do gąsiorów.

Kto zaczarowuje te budowy?

Mamy ze wspólnikiem Maćkiem jakieś takie wyczucie, że od razu wiemy, że będzie lipa. Bo to ludzie kreują budowę, więc po pierwszej rozmowie z klientem, to wiesz. Budowaliśmy dla jednej pani dom na siedem metrów wysoki. Dostała od ekipy pseudonim „Metr Dwadzieścia”. Jej dom nazwaliśmy „Lidl”. Złotówki nie zarobiliśmy na tej realizacji. Po prostu ta pani cały czas była na budowie, chłopakom z rąk wyrywała narzędzia. A gdy budowa uniemożliwiła jej wejście na dach, to dronem nam nad nim latała.

Jak to się stało, że w ekipie znalazł się Pański syn?

Mój syn Franciszek ma teraz 21 lat, a pracuje u nas w firmie od 18 roku życia. Nigdy mu nie było zbyt blisko do wkuwania teorii. To taka rogata dusza. Z Frankiem w pięćdziesięciu procentach dyskutuję, a w drugich pięćdziesięciu na niego warczę (śmiech). Wczoraj wieczorem zabrał mnie na gokarty, mówi: „Chodź, ojciec muszę Ci skopać tyłek”. I rzeczywiście skopał. Mówi: „Widzisz, teraz ja mam swoje pięć minut, Ty już jesteś dziadziu”. Mamy klasyczną relację ojca z synem. Śmieję się, że to jak tygrys z tygrysiątkiem. Tygrysiątko zawsze będzie próbowało zaczepiać starego, a ten musi wykazać odpowiednią cierpliwość. Franek od zawsze był genialny w sporcie. Gdy miał cztery lata, wpiąłem mu narty. W zawodach zjazdu na gigancie we Włoszech otrzymał srebrny medal. Od piątego roku życia trenował tenisa. Lubi adrenalinę. Bardzo chciał dołączyć do dekarskiej ekipy, bo na dachy go szczególnie ciągnęło. Mam nadzieję, że przejmie po mnie firmę. Stawiam przed nim wyzwania. Daję numer do klienta i mówię, że jeśli chce sobie dorobić, niech dzwoni. Ja przymknę oko, firma nie zarobi, ale za to on ma szkołę, bo sam z klientem musi wynegocjować cenę i się dogadać. Mamy też taki pomysł, który bardzo mocno z tyłu głowy nam siedzi, żeby otworzyć szkołę dekarską dla dorosłych, w których zajęcia mogłyby się odbywać na przykład raz na 2 tygodnie. Zamordowano w Polsce szkolnictwo zawodowe, nie tylko w kierunkach budowlanych. Mój przyjaciel cukiernik opowiadał mi, że młodzież dostaje teraz mieszanki do ciast zamiast produktów, jak jajko czy mąka. Pewnie taki piętnastolatek, którego by się zapytało, skąd się bierze dach, pomyślałby, że przyjeżdża taki gotowy. Choć nie zawsze to kwestia wieku. Mieliśmy takich klientów, że chcieli przebudować dom i pytali, czy się da na jakiś czas podnieść cały dach do góry, a oni sobie domurują w tym czasie piętro.

To Pan zaraził syna pasjami.

Kiedyś jeździłem bardzo dobrze na nartach. Teraz na mnie mówią w rodzinie Alberto Tomba, to był taki słynny włoski narciarz, który był bardzo sprawny, ale też dużo ważył i ta waga powodowała, że on wygrywał. Franek to już jeździ poza trasami tak, że boimy się o jego zdrowie. 

Jak zmienił się rynek na przestrzeni ostatnich 20 lat?

Zmianę czasów można porównać do betoniarki, bo tak się to wszystko powykręcało. Było mniej pracy, sporo fachowców szukających pracy i szereg innych problemów z nimi. Teraz jest dużo pracy, mało fachowców. Przeżywamy od kilku lat bum na usługi budowlane. Koniunktura jednak jest sinusoidalna. Wojna w Ukrainie, szalejąca na świecie inflacja, kryzys, który może nas dotkliwie dotknąć. Jak to w życiu, wszystko się pewnie znowu powywraca i każdy się w tym odnajdzie po swojemu. Na razie nie narzekamy na brak pracy, zleceń jest masa i brakuje tylko ludzi. Opowiadam o generalnej sytuacji na rynku, bo nasza ekipa jest najlepsza na świecie, nie zamieniłbym jej na żadną inną.

Opowiedz o swoim wykształceniu i czy pomogło Ci w aktualnej pracy?

Uczyłem się organizacji zarządzania i to na pewno mi się przydało. Lubię kontakt z ludźmi i proces zarządzania. Polega to na osiąganiu efektów dzięki budowaniu relacji z ludźmi, w sposób który jest motywujący i przyjazny dla wszystkich stron, który wnosi wartość. Lubię się w tym realizować.

Co jest ważne w byciu przedsiębiorcą?

Najważniejsze jest to, aby przedsiębiorca miał szacunek dla pracowników, bo to oni kreują firmę. Oni budują, oni robią dachy, jak nie będą szanowani, to ta firma nie będzie się kręcić. Trzeba mieć twardy tyłek w tej branży, bo jest konkurencja. Trzeba dobrze budżetować budowy, żeby na końcu zostały jakieś środki. Trzeba wszystko mądrze wyceniać. W tej chwili ruchy cenowe na materiałach są tak dynamiczne, że cena z przedwczoraj nijak się ma do dzisiejszej. Składy budowlane od kilku miesięcy, od kiedy zaczął się kocioł związany z wojną i inflacją, dają takie adnotacje, że wycena jest ważna przez dwa dni. Jesteśmy z każdej strony atakowani. Trzeba też dbać o klientów. Klient ma być zadowolony, żeby zapłacił za wykonaną pracę i polecał nas dalej. Ważne, aby unikać reklamacji, one obniżają wartość końcową inwestycji, zabierają pieniądze. Nie ma co ukrywać, że to wszystko w tej chwili opiera się na kasie.

Jaki powinien być dekarz?

Dekarz powinien mieć ogromną wiedzę techniczną, dużą odpowiedzialność, no i przede wszystkim dużą wytrzymałość, bo tu nie ma miękkiej gry. Dekarstwo jest dla twardzieli.

Czy dekarze się zmienili na przestrzeni lat?

Na przestrzeni lat to nie dekarze się zmienili, tylko zleceniodawcy, poniekąd dlatego, że cała budowlanka się zmieniła. Kiedyś pracownicy budowlany byli najmniej ważni w całym społeczeństwie. W tej chwili budowlaniec to jest facet, który ma mieć wiedzę, ma mieć umiejętności. W jego rękach spoczywa przyszłość życiowych inwestycji.

Jaka jest różnica pomiędzy dekarzem a dekarzem przedsiębiorcą?

Różnica pomiędzy dekarzem a dekarzem przedsiębiorcą jest ogromna, jeśli mam mówić o swoim doświadczeniu. Ja nie biegam po dachu. Owszem, zdarza mi się zajrzeć, wejść na rusztowanie, pogadać z chłopakami tam na górze, żeby nie musieli schodzić do mnie, ale ja jestem od telefonu komórkowego, komputera i zleceń, a oni są wykonawcami. To podstawowa różnica, ale nie powinno się tych zajęć ze sobą porównywać. One się uzupełniają.

Gdzie się teraz znajdujemy?

Sanktuarium – tak nazwaliśmy nasz przydomowy garaż, w którym często przyjmujemy gości. Wybudowałem je głównie własnymi rękoma, trochę pomogli mi sąsiedzi. To jest moje magiczne miejsce, w którym trzymam swoje różne, ciekawe pamiątki. Pewnie kilkanaście godzin, by zajęło, żeby opowiedzieć o każdej z nich. Takie męskie sanktuarium. Zrobiłem konkurs na nazwę wśród przyjaciół i znajomych. Pomysłów było wiele, od męskiej nory, czy jamy, poprzez muzeum. Ktoś rzucił sanktuarium i tak zostało. Nie chciałbym sprawiać tą nazwą przykrości – chodzi o święte, męskie miejsce. Taką najważniejszą pamiątką jest laska mojego świętej pamięci dziadka, z którą przechadzał się w ostatnich latach swojego życia.

Gdzie siebie widzisz za 20 lat?

Mam nadzieję, że za dwadzieścia lat będę mógł nadal pracować, ponieważ bez pracy jest mi w życiu ciężko. Wstaję rano, żeby iść do pracy, wieczorem się kładę, żeby mieć energię na następny dzień pracy. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że lubię mieć poukładane tematy, lubię porobić, pozałatwiać i przez chwilę mieć spokojną głowę, aby znowu podziałać.

Czy masz sposób na zachowanie równowagi w życiu?

Czasy mamy ciężkie i aby tą równowagę mieć, należałoby uciec, wyrzucić telefon, wyrzucić komputer i się po prostu odciąć. Nie ma na to złotego lekarstwa. Mam swoje sanktuarium, do którego mogę sobie przyjść i posiedzieć chwilę we własnym zaciszu. Często wybieramy się z żoną na jakieś pobliskie targi staroci. Bardzo lubimy takie miejsca. Relaksują nas, zapominamy tam o codziennym życiu. Oczywiście trzeba też wyjechać na wakacje. Narty dla córki, syna i dla mnie są czasem całkowitego odcięcia się, jesteśmy w swoich kapsułach.  Kochamy włoskie góry, przepiękne widoki, przepiękne trasy, super jedzenie. To są może niewielkie, prozaiczne tematy, ale sprawiają, że odreagowujemy.

Za co lubisz starocie?

Lubię otaczać się fajnymi przedmiotami. Wszechpanujący obecnie plastik nie jest fajny. Gdy bierzesz do ręki coś, co ktoś wykonał ręcznie powiedzmy pięćdziesiąt lat temu, to sprawia przyjemność. To są rzeczy porządne, takie fajne. Mam nadzieję, że nasze dachy i nasze domy będą też takimi artefaktami, które przeżyją kilka pokoleń i nie będzie trzeba w nich niczego zmieniać.

Masz dużo szacunku do pracy ludzkich rąk.

Moja rodzina od dziada, pradziada była robotnicza. Każdy z nas ciężko pracował. Praca rąk moich przodków doprowadziła mnie do miejsca, w którym jestem teraz. Sam przez wiele lat, zanim stałem się przedsiębiorcą, pracowałem dla kogoś, pracowałem fizycznie i potrafię taką pracę docenić. Cała ludzkość opiera się na ciężkiej pracy czyichś rąk. 

Czego nauczyłeś się od 1996 roku?

Doznałem w życiu wielu osobistych większych i małych klęsk oraz biznesowych porażek, które w dużej mierze polegały na potraktowaniu mnie w niewłaściwy, czasami oszukańczy i bezprawny sposób.  Gdy sam poznasz smak krzywdy, dociera do ciebie, że inni również tego mogą doświadczać. Nie chcesz, aby tak było. Myślę, że dlatego szacunek do drugiego człowieka jest dla mnie podstawą, fundamentem, bez którego nie da się niczego zbudować. Staram się funkcjonować tak, aby ludzie, którzy mnie otaczają, widzieli we mnie dobrego człowieka. Bardzo łatwo jest kogoś skrzywdzić. Koledzy mi mówią, że mam w sobie jakiś gen ratownika. Gdy wybuchła wojna, na trzeci dzień byłem już na granicy. Wielu z nas przyszło to naturalnie, bez roszczeń o pochwały.

Co byś poradził młodym osobom, które zaczynają dopiero swoją drogę zawodową jako przedsiębiorca?

Powiedziałbym: „nie róbcie tego, bo to strasznie ciężka robota”. Sukces z reguły to są lata wyrzeczeń, lata nie bycia przy rodzinie. Młodym ludziom doradziłbym, żeby sobie kupili poduszki na pośladki. To się może przydać. Kto ma w sercu miękko, ten twardo musi mieć trochę niżej. Ważne również, aby jasno oznaczali swoje cele, żeby dążyli do nich, nie poddawali się, bo często brakuje metra wykopu do źródła złota, często brakuje centymetrów do zdobycia szczytu. Nie poddawajcie się, róbcie to, co uważacie, że wam przyniesie sukces, bo przyniesie.

Jaki jest Twój największy sukces?

Moim największym sukcesem jest moja rodzina, moja żona, moja córka, mój syn oraz trzecie dziecko czyli firma. Sukcesem jest to, że mogę to robić.

WYWIAD Z FRANCISZKIEM KACPRZAKIEM:

Dlaczego zdecydowałeś się zająć dekarstwem?

Pierwszą kwestią, jeśli chodzi o to, czemu zostałem dekarzem, jest to, że lubię zarabiać dobre pieniądze. Kręci mnie praca fizyczna i przy okazji dobre zarobki.

Co lubisz w dekarstwie?

W dekarstwie najbardziej lubię to, że poza pracą fizyczną do wykonania, trzeba też używać głowy. Lubię zajęcia, które nie są syzyfowe, a na dachu widać progres.

Co pozwoliło Ci zostać dekarzem?

Tato prowadzi biznes budowlany. Obserwowałem różne budowy, które mi pokazywał i tak się jakoś tym zaraziłem, że postanowiłem zostać dekarzem.

Czego nauczyło Cię jak dotąd dekarstwo? 

Praca na dachu nauczyła mnie cierpliwości i wytrwałości, w tym, co robię. W sumie tyle.

Czy masz jakieś wcześniejsze doświadczenia, które uważasz, że pomagają Ci teraz w pracy na dachu?

W dekarstwie jestem w stanie wykorzystać moje umiejętności matematyczne, ponieważ z miarki w tych czasach nie każdy umie korzystać. Trzeba czasami obliczyć jakieś długości blachy, jakieś kąty, nie kąty. Pomogły mi też osiągnięcia sportowe z przyszłości. Sporty takie, jak gra w tenisa, piłka nożna, czy lekkoatletyka, pomogły mi w chodzeniu po dachu i dźwiganiu różnych belek i łat.

Lubisz adrenalinę?

Adrenalinę kocham, jest to chyba moje uzależnienie. Napędza mnie to do pracy.

Znajdujesz adrenalinę w pracy dekarza?

Największy przypływ adrenaliny mam wtedy, gdy wiem, że coś źle zrobiłem albo właśnie źle robię, a mój majster zbliża się dokładnie w moją stronę. Później muszę zrobić to drugi raz i tym razem muszę zrobić to dobrze.

Z kim pracujesz na dachu?

Na dachu pracuję z dwoma moimi kumplami. Jeden kumpel to jest w sumie od dziecka taki osiedlowy znajomy, którego wkręciłem w dekarstwo, a drugi to majster, Artur, który pracuje na dachach już około dwudziestu pięciu lat i od niego się tego wszystkiego nauczyłem.

Czy poleciłbyś młodym ludziom ten zawód?

Poleciłbym zawód dekarza osobom, które mają zapał, są cierpliwe i silne.

Dlaczego namówiłeś kolegę z dzieciństwa do pracy na dachu?

Namówiłem mojego kolegę na bycie dekarzem, ponieważ potrzebowałem zaufanej osoby, która nie oszuka ani mnie, ani mojego szefa, czyli mojego taty. Dlatego zaproponowałem mu, żeby pomógł mojemu koledze z brygady i mi na dachu. Tak się to zaczęło.

Jakie są Twoje dalsze plany związane z dekarstwem?

Mam taki pomysł na siebie, aby nauczyć się dekarstwa najlepiej jak się da, aby następnie zająć się rozwijaniem przedsiębiorstwa. Od zawsze chciałem być przedsiębiorcą, po prostu. Niekoniecznie wiązałem te plany z branżą budowlaną, ale że tata jest akurat w takiej branży, to mam możliwość nauczyć się tego fachu tak, że nikt w przyszłości mnie nie zagnie.

Czego nauczył Cię ojciec?

Ojciec nauczył mnie życia, pracy, uczciwości, zaradności. I wszystkiego tego, co najważniejsze.

Czy dekarstwo sprawia Ci satysfakcję?

Dekarstwo daje mi satysfakcję ze względu na to, że po pierwsze zarabiam pieniądze, robiąc to, co lubię. Po drugie jestem opalony lepiej niż moi znajomi, którzy jeżdżą na wakacje do Tunezji czy w inne ciepłe kraje. I generalnie jestem szczęśliwym człowiekiem.
Dzięki temu, że jestem dekarzem, jestem szczęśliwym człowiekiem.

Czy nie boisz się konkurować na rynku pracy z bardziej doświadczonymi dekarzami?

Było kilka takich starych wyg, które już u nas nie pracują.

Czy zgadzasz się z opinią, że młodzi ludzie nie nadają się do dekarstwa?

Starzy dekarze też kiedyś byli młodzi, więc skądś się musieli nauczyć tego fachu, prawda? Także, moim zdaniem, od starych wyg trzeba czerpać wiedzę, ale warto też myśleć samodzielnie, bo można wprowadzić coś nowego na rynek. Nie można robić non stop tego samego, bo po to jest technologia, po to są nowe maszyny, po to są nowe rzeczy, żeby z nich korzystać.

Dlaczego uważasz, że Twoje pokolenie poradzi sobie w dekarstwie?

Moje pokolenie świetnie odnajdzie się w dekarstwie, ponieważ starsi dekarze nie zawsze do końca potrafią korzystać z nowych technologii, a my jesteśmy do tego idealnie stworzeni.

Jakbyś ocenił swoje umiejętności dekarskie na aktualnym etapie?

Myślę, że jestem dopiero w dwudziestu procentach drogi do stuprocentowego dekarza, ponieważ bycie dekarzem to nie jest lekki kawałek chleba i trzeba przejść bardzo długą drogę, żeby nazwać się prawdziwym dekarzem.

Czego nie lubisz w dekarstwie?

W dekarstwie najbardziej denerwuje mnie deszcz i śnieg. No i gdy musimy zrywać 15 warstw papy ze starego dachu.

Opowiedz o dachach, które wspominasz.

Był jeden dach, który był taki kosmiczny. Wyróżniała go ilość koszy, dosłownie kilometry gąsiora. On mi się śni po nocach. Najlepiej wspominam dach, który zrobiliśmy w moim ulubionym systemie blachy. Najgorzej ten przy Piasecznej w Łodzi, ponieważ było przy nim bardzo dużo pracy, brudnej pracy przy cięciu siekierą papy. Gdy się robi dach od podstaw, wówczas to jest czysta robota, a gdy się robi po kimś, albo jakąś tam renowację, to jest tragedia.

Jak oceniasz jakość dachów w Polsce?

Dachy, które my robimy, oceniam bardzo dobrze, a innych nie będę oceniał. Jeszcze nie mam takich kompetencji, aby to robić.

Jak to jest mieć ojca za szefa?

Życie z szefem pod jednym dachem bywa czasami bardzo ciężkie, dosyć często ciężkie. Ale generalnie to dobrze mi się żyje z szefem pod jednym dachem.

Jakim szefem jest Twój tato?

Mój tato jest wyrozumiałym szefem. Bardzo nie lubi tylko, gdy się spóźniam. Za to pieniądze są zawsze na czas i zawsze mamy co robić.

Co jest najważniejsze w dekarstwie?

W dekarstwie najważniejsza jest wiedza, siła i nieugiętość.

Skąd czerpiesz wiedzę?

Wiedzę techniczną mam od Artura, czyli od brygadzisty. A tą taką bardziej biznesową dostaję od taty.

Czy chcesz kogoś pozdrowić?

Bardzo chciałbym pozdrowić Artura i Bilguna, Saszkę, Igora i Siergieja. Życzę Wam wszystkim, dekarze, takich współpracowników.

Csatlakozz a hírlevelünkhöz!

Ács, beépítő, építész, kivitelező vagy alvállalkozó vagy? Iratkozz fel hírlevelünkre még ma, így mindig az elsők között leszel akik értesülnek a termékeinket érintő újdonságokról, akciókról, vállalati hírekről.

Minden egyéb esetben kérjük töltsd ki a weboldalon található kapcsolatfelvevő űrlapunkat.